RSS
wtorek, 04 września 2012
Alpy

„Alpy” to kolejny pokazywany w Polsce obraz Giorgiosa Lanthimosa po filmach "Kieł" i "Attenberg".  Nie znoszę jego filmów. Oglądanie ich jest dla jedną wielką męczarnią. Co nie zmienia faktu, że grecka Nowa Fala jest niezwykle ważnym nurtem w kinie europejskim. A filmy Lathimosa znać warto.

Za co nie znoszę i cenię jednocześnie Lathimosa? Za to, że pokazuje pulsujące pod wydawałoby się normalnym, przeciętnym życiem swoich bohaterów nienormalne i patologiczne otchłanie. I każe widzowi zanurzać się w tę przerażającą psychopatyczną rzeczywistość. Nic w tym przyjemnego. Ale nikt nie obiecywał, że wartościowe kino ma być przyjemne. Nie o rozrywkę tu bynajmniej chodzi.

Co tym razem?

Tym razem Lathimos każe nam przypatrywać się grupie ludzi; pielęgniarka, sanitariusz, młodziutka gimnastyczka i jej trener z pozoru wiodą zwykłe życie. Z pozoru. Utworzyli oni bowiem grupę niezwykłych dublerów, tytułowe „Alpy”, której zadaniem jest wcielanie się w postaci zmarłych, odgrywanie ich ról i zastępowanie ich bliskim. Udając zmarłych prowadzą podwójne, potrójne, poczwórne życie.  Właściwie nie wiadomo do końca, które z nich jest prawdziwe. Grupie przywodzi okrutny i despotyczny sanitariusz. Jak to u Lathimosa nie wiemy zbyt wiele; ani skąd wziął się pomysł na takie makabryczne zajęcie, ani jak długo grupa działa, jak się to wszystko zaczęło i czemu tak naprawdę ma służyć. Reżyser pokazuje kawałek wykreowanej przedziwnej sytuacji, skrzywienia emocjonalnego, zachowań psychopatycznych. Pokazuje i niczego nie tłumacząc, nie uzasadniając ani nie racjonalizując poddaje w wątpliwość porządek rzeczy i zostawia z tym widza sam na sam.

„Alpy”, reż. Giorgios Lanthimos





21:44, klaudia_biernacka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 sierpnia 2012
Zakochani w Rzymie

 

Najnowszy film Mistrza nad Mistrzami wszedł właśnie  do kin. Tym razem Woody Allen zakochał się w Rzymie i tym razem jak niegdyś stanął po obu stronach kamery. 

To nie jest z pewnością mój ulubiony film Allena,  ale ma swoje smaczki i momenty. Całość ogląda się dobrze, zwłaszcza, ze i obsada jest wyborowa;  już dla samego Allena, Penelope Cruz czy Roberto Benigniego.  W filmie mamy to, za co kochamy Allena; poczucie humoru podszyte absurdem i groteską, stałe wątki miłości, zdrady i psychoanalizy, w tle piękne obrazki Rzymu a dodatkowo kilka gorzkich refleksji dotyczących starości i przemijania.  

Całość doprawiona cynicznym komentarzem dzisiejszych pustogłowych i jałowych czasów, w których roi się od celebrytów znanych z tego, że są znani. Ale nie są to narzekania starego dziadygi a raczej cyniczno-złośliwy komentarz mędrca, który widzi pustkę kolorowego świata. I mimo to, Allen jakoś tak ciepło uśmiecha się do widza tym filmem.

„Zakochani w Rzymie” reż. W.Allen. Lećcie do kin.

 

10:28, klaudia_biernacka
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 sierpnia 2012
3:10 do Yumy

Z westernami jest trochę jak z operą – albo uwielbiasz albo nie znosisz. Uwielbienie do gatunku zaszczepił we mnie ojciec jeszcze za starodawnych czasów, w których to oglądanie westernów na czarno-białym telewizorze nie było żadną popisową hipsteriadą tylko normą.   

Jako że będą się tu pojawiały teksty nie tylko o nowościach dziś słów kilka o absolutnym klasyku westernu „3:10 do Yumy”. Ale nie o oryginale tylko o znakomitym remaku z 2007 roku z popisowymi rolami Christiana Bale’a i Russella Crow’a. Panowie fantastycznie zagrali role dwóch antagonistów, których łączy wspaniała męska przyjaźń. Bo westerny to świat prawdziwych mężczyzn i prawdziwych wartości; tu liczy się honor, siła, odwaga granicząca z brawurą, oddanie sprawie. To nas fascynowało w Dzikim Zachodzie; świat był jasno podzielony na szeryfów i rewolwerowców, czyli na dobrych i złych. Jedni i drudzy przekraczali granice swoich światów ale - mówcie co chcecie  -to byli faceci z krwi i kości.

„3:10 do Yumy” to klasyk. Otoczony legendą nieuchwytnego złodziej, rewolwerowiec i przywódca bandy rabusiów okradających dyliżanse Ben Wade  (R. Crow) ma zostać doprowadzony do pociągu, który o 3:10 odjeżdża do Yumy, gdzie ma trafić do słynnego więzienia. Jednym z konwojentów jest zadłużony farmer Dan Ewans (Ch.Bale), który początkowo decyduje się na udział w niebezpiecznej wyprawie dla pieniędzy. Później jednak – zgodnie z westernowym paradygmatem – nie chodzi już o pieniądze, ale o zasady i honor.

Kto oglądał ten wie. W tym filmie zawarta jest cała filozofia człowieka honoru. I zagrane jest to więcej niż brawurowo. A ogląda się -znakomicie.
 

„3:10 do Yumy”, reż. J.Mangold.  Nie wie ile traci ten, kto nie zachwycił się nigdy cudem mitycznego Dzikiego Zachodu.

 

Tagi: film
22:55, klaudia_biernacka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Niczego nie żałuję -Edith Piaf

Jakby nie liczyć wychodzi, że ładnych parę lat zwlekałam z obejrzeniem tego filmu. Skutecznie mnie do tego zniechęcały recenzje, w których niepokojąco często pojawiało się słowo „nudne”. Po film sięgnęłam raczej z kulturoznawczego obowiązku pomieszanego z ciekawością jak bardzo oskarowa jest nagrodzona Oskarem rola Marion Cotillard.

No i?

No i wszystko się zgadza. Marion Cotillard Oskara zdobyła w pełni zasłużenie. A całość, z chwalebnym wyjątkiem kilku scen, jest jedną z najnudniejszych biografii filmowych jakie oglądałam. Szkoda, bo życie Edith Piaf bez żadnych ubarwień scenopisarskich obfituje w tak dramatyczne wydarzenia, że aż wierzyć się nie chce, że może wiać z tej historii nudą. Film broni się jednak bardzo dwoma atutami – wspomnianą rolą Cotillard oraz wspaniałą muzyką w genialnych wykonaniach tej pieśniarki wszechczasów. Finał wzrusza, ale sceny śmierci, pożegnania z życiem raczej słyną z tego, że wzruszają. Opowieść jest poszatkowana, ale znów achronologiczne opowiadanie to żaden filmowy grzech. Można sobie opowiadać jak się chce. Wszystko można. Byle to robić dobrze.

Po obejrzeniu filmu ociera się łzę ze stwierdzeniem; ciężkie życie miała i głos jak dzwon, talent  wielki. Jak na życie i postać Piaf to mało. Chociaż, bo ja wiem, czy mało. Może właśnie w sam raz ?

„Niczego nie żałuję –Edith Piaf”, reż. Olivier Dahan

 

Tagi: film
22:44, klaudia_biernacka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 sierpnia 2012
Hasta la vista!

Żeby tłuc się przez pół Europy tylko po to, żeby wylądować w konkretnym  burdelu trzeba być równo szurniętym, zdesperowanym,  zakochanym w którejś z pracujących tam prostytutek  albo…bohaterem filmu „Hasta la vista”.

Trzech chłopaków postanawia wyruszyć w podróż swojego życia i dotrzeć do burdelu w Hiszpanii, by tam tryumfalnie stracić dziewictwo.  Wszystko byłoby banalne i niewarte ani wspominania o tym, ani tym bardziej robienia filmu, gdyby nie drobny fakt, że chłopcy są wyjątkowi: Phillip – całkowicie sparaliżowany żyje w ciele jak w kokonie, Joseph jest prawie całkowicie niewidomy a umierającemu Larsowi rak sparaliżował nogi. Ich hormony mają się jednak świetnie i chłopaki marzą o seksie. Jeden z nich dowiaduje się, że w Hiszpanii jest dom publiczny specjalizujący się w usługach dla niepełnosprawnych, postanawiają więc wyruszyć na wakacje życia. Uciekają spod opieki rodziców, jako kierowcę i opiekunkę wynajmując przebywającą na zwolnieniu warunkowym byłą pielęgniarkę.

Dystrybutor opisuje film jako komedię; i rzeczywiście perypetie trójki chłopaków w drodze do wymarzonego domu uciech  obfitują w komiczne sytuacje, ale raczej jest to komediodramat. I raczej wzrusza niż rozśmiesza.

Film nie ma w sobie lekkości „Netykalnych”, ale wart jest zobaczenia. Przez wszystkich; a zwłaszcza tych, którzy będąc zdrowymi mają czelność narzekać na trudne i niesprawiedliwe życie.
(kąśliwą uwagę tę kieruję w głównej mierze do siebie samej)

„Hasta la vista”, reż. G.Enthoven. Polecam !

 

Tagi: film
20:16, klaudia_biernacka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 sierpnia 2012
Opis obyczajów w Teatrze IMKA

 

Pieję z zachwytu nad sceną Tomka Karolaka od początku jej istnienia;  głównie na melodię, że scena prywatna a chały nie robi, głupizn nie wystawia za to wysoki poziom artystyczny trzyma.  I tym razem posypie się na IMKĘ grad pochwał za spektakl nie byle jaki, można rzec w jakimś sensie legendarny a dla samej IMKI bardzo ważny, bo premierą „Opisu obyczajów” w reżyserii Mikołaja Grabowskiego Tomasz Karolak otworzył dwa lata temu swój teatr. Ja zobaczyłam spektakl dopiero wczoraj i od razu pożałowałam, że tak późno.

Mikołaj Grabowski wystawia rzeczy niemożliwe – jak chociażby wspominane tu „Dzienniki” Gombrowicza. „Opis obyczajów” zrobiony jest na podstawie tekstów XVIII wiecznych księdza Kitowicza, Henryka Rzewuskiego i cudzoziemców odwiedzających Polskę w czasach panowania króla Augusta. Już samo to powoduje ziewanie tymczasem zrobione jest to tak, że palce lizać! Jest śmiesznie i mądrze jednocześnie. Widownia wspaniale się bawi i wchodzi w interakcję z grającymi aktorami. Tam grającymi! Cuda wyprawiającymi „panie kochanku” ! To perwersyjna wręcz przyjemność obcować z błyskotliwą inteligencją reżysera i zespołu, którzy na dodatek wierzą w inteligencję widza. Śmiejemy się z „Opisu obyczajów, a przecież jest to smiech gogolowski bo śmiejemy się z samych siebie tak zaskakująco aktualny jest tekst z XVIII wieku.

Nie ma się co rozpisywać; idźcie do IMKI, przeżyjcie cudowny teatralny wieczór w doborowym towarzystwie; na scenie: Iwona Bielska, Magdalena Boczarska, Urszula Popiel, Olga Mysłowska, Andrzej Konopka, Wojciech Błach, Tomasz Karolak i Mikołaj Grabowski. Brawa, brawa, brawa!

A! i zapomnialam dodać, że jak kto dobrze usiądzie to się i wódeczki z aktorami napije. Kto był ten wie o co chodzi, kto ciekaw niech gna do IMKI.

"O północy przybyłem do Widawy, czyli Opis  Obyczajów III", reż. Mikołaj Grabowski, teatr IMKA



Tagi: Imka teatr
21:14, klaudia_biernacka
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 sierpnia 2012
Wstyd

W wielu rankingach “Wstyd” Steva McQueena uznawany jest za jeden z najlepszych filmow ubiegłego roku, a Michael Fassbender ugruntował pozycję aktora podejmującego odważne, żeby nie powiedzieć ekstremalne wyzwania aktorskie.  

Ta dwójka -Steve McQueen i Michael Fassbender -już raz mnie rozwaliła na kawałeczki filmem “Głód”. „Wstyd” przy tym to opowiastka dla (nie)grzecznych dzieci.  O filmie pisze i mówi się różnie; z jednej strony gwiazdki, nominacje i głosy krytyki i branży, że film wybitny  z drugiej tak zwani zwykli oglądacze skarżą się, że nudne, nudnawe.  I jedni drudzy mają rację.  Film jest wybitny, już na liście z tytułem „ważne” a rola Fassbendera znakomita i w grupie tych, które niełatwo będzie przebić. A jednocześnie akcja wlecze się a powtarzające obrazy nużą.  No ale to kino z wyższej półki. Na tym pułapie nic nie jest oczywiste i łatwe.

McQueen idzie tropem wyznaczonym ładnych parę lat temu przez Houllebecqua. Jego „Cząstki elementarne” nas poraziły obnażając pustke i ideowe bankructwo cywilizacji zachodniej.  „Wstyd” wstrząsający nie jest, jest za to przerażająco smutny.

Fassbender genialnie skonstruował postać niemożliwą; o bohaterze wiemy tyle, że jest samotnym, przeciętnym 30-latkiem mieszkającym w Nowym Jorku. Przeciętna praca w jakiejś firmie, przeciętne mieszkanie. Wyróżnia go chorobliwe, patologiczne uzależnienie od seksu. Jest seksem opętany. Seksem – dodajmy – za który głównie płaci. Seksem w realu uprawianym gdzie i kiedy się tylko da, seksem w necie który ogląda w domu, w pracy …Brandon oddycha seksem, żywi się seksem, seks jest całym jego światem, inne sprawy są dodatkiem. Jednocześnie poraża emocjonalny chłód bohatera; mamy wrażenie że to człowiek niezdolny do uczuć – ot maszynka kopulacyjna. I tu kończy się trop Houllebecqua; McQuuen idzie dalej swoją drogą. W życiu Brandona zjawia się dziewczyna, nie od razu domyślamy się że to jego siostra, początkowo myślimy, że to jakaś natrętna kochanka. I nagle poznajemy innego Brandona, Brandona, który płacze na koncercie siostry, Brandona który nie potrafi sobie poradzić ze swoimi uczuciami i emocjami, który próbując nawiązać bliższe relacje z kobietą nagle traci potencje. Dopóki seks wyprany jest z emocji jest ogierem, jedna randka robi z niego impotenta. Relacje z siostrą są dziwne, zagadkowe, niedopowiedziane. Rodzeństwo ma jakąś tajemnicę. Być może jest to miłość kazirodcza. Brandon na siłę próbuje wyrzucić siostrę ze swojego życia. Dziewczyna próbuje popełnić samobójstwo...

McQueen nie daje żadnej nadziei – człowiek jest owładnięty zniewalającym go niechcianym uczuciem, próbując sobie z tym bólem poradzić wyzbywa się wszelkich emocji ale to z kolei wpędza go w jakąś potworną otchłań. Scena końcowa, w której główny bohater łka w deszczu jak dziecko jest smutnym podsumowaniem bardzo smutnego filmu; nie ma wyjścia, nie ma dokąd pójść, McQueen zdaje się wręcz cytować Dantego „porzućcie wszelką nadzieje, wy którzy tu wchodzicie”. Tyle, że Dante pisał o piekle a McQueen mówi o życiu.

„Wstyd”, reż. Steve McQuuen. Ważny film.



Tagi: dobre kino
11:02, klaudia_biernacka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 sierpnia 2012
Valhalla: Mroczny wojownik

 

Niezwykła filmowa opowieść. I przy okazji niełatwa. Nasycona symboliką związaną z nordycką mitologią, mroczna, krwawa, ponura. Opowiedziana obrazami. Metaforyczna.  

Dość wiotka fabuła jest jakby pretekstem do pokazania mitycznego świata Wikingów a nie celem samym w sobie. Główny bohater, siejący postrach nieustraszony i okrutny Jednooki, po ucieczce z niewoli u jednego z plemion Wikingów przyłącza się do grupy nawróconych na chrześcijaństwo wojowników, którzy chcą wyruszyć na wyprawę krzyżową do Jerozolimy. Jest rok 1000 – czas zmierzchu nordyckich bogów i tryumfu chrześcijaństwa wprowadzonego mieczem. Początkowo to świat Wikingów jawi się nam jako okrutny i bezwzględny ale z punktu widzenia nordyckich wojowników to chrześcijanie są szczególnie okrutni, jak mówi Wódz „oni jedzą ciało i piją krew swojego boga”. Chrześcijańscy wojownicy którym marzy się podbój Jerozolimy niczym nie różnią się od Wikingów – jedna wiara zastąpiła inną. Metody walki się nie zmieniły.

Nie oczekujcie jednak bajkowej opowieści historycznej z imponującymi scenami batalistycznymi. To kameralny poetycki film, dialogi zredukowane są tu do minimum, główny bohater nie wypowiada ani jednego słowa.  To opowieść o upadku jednej cywilizacji i narodzinach nowej, to podróż w nieznane zakamarki ludzkiej pamięci zbiorowej, filmowy hołd złożony nordyckim zapomnianym bogom i nordyckiej mitologii, to wreszcie próba oswojenia mitycznej Valhalli, która jak wiadomo jest miejscem przebywania poległych w chwale wojowników.

Film bardzo ciekawy ale zdecydowanie nie dla każdego. Kino artystyczne. To jeden z tych filmów, które przypominają, że kino jest sztuką. Mnie zachwycił.

"Valhalla: Mroczny wojownik", rez. Nicolas Winding Refn

 

Tagi: film
21:45, klaudia_biernacka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 sierpnia 2012
Yuma

Dobry polski film wszedł właśnie do kin!  Idźcie i oglądajcie !  Tyle dla tych, którzy nie lubią czytać. Dla pozostałych poniżej całkiem pokaźna lista pochwał.

Piotr Mularuk przenosi nas w lata 90-te, kiedy to w przygranicznych miejscowościach kwitł przemyt i handel zajumanym po niemieckiej stronie towarem. Zajumanym nie znaczy ukradzionym. Juma to bowiem proces odzyskiwania dóbr od pławiących się w luksusie Niemców w ramach swoiście pojmowanej dziejowej sprawiedliwości. W praktyce oznaczało hordy Polaków kradnących co i gdzie się da po niemieckiej stronie.

Mularuk funduje nam rewelacyjną podróż w czasie pokazując dopiero co raczkujący kapitalizm, rozbuchaną kiczowatość charakterystyczną dla estetyki tamtych lat i swoiście pojętą moralność.

Główni bohaterowie filmu -Zyga i jego złodziejska ekipa -to młodzi chłopcy z biednej, zapadłej dziury na granicy polsko-niemieckiej którzy marzą o lepszym życiu. Kolorowy świat, który widzą w niemieckich czasopismach jawi im się niczym raj. Też chcą tak żyć, nosić ładne  markowe ciuchy, mieć pieniądze. Jumanie zamienia tych początkowo niewinnych chłopaków w zdemoralizowanych cwaniaczków, którym marzy się gangsterka rodem z Sycylii lub przygody kowbojów z Dzikiego Zachodu.  

Mularuk zrobił fajną (słowo "fajną" użyte świadomie a nie  z braku słownictwa) filmową opowieść; trochę bajkową, silnie nasyconą symboliką, świadomie przerysowaną ale w żadnym razie nie karykaturalną. To opowieść o marzeniach, dojrzewaniu, pierwszych rozczarowaniach. To sprawne połączenie komedii i kina gangsterskiego przyprawione nutką melancholii i tęsknoty za cudowną w swej bezczelności młodością.

Aktorska młodzież świetnie się spisała, zwłaszcza często przeze mnie chwaleni Jakub Gierszał i Krzysztof Skonieczny. Ale absolutnym odkryciem jest dla mnie Jakub Kamieński, który urzeźbił cacuszko z roli Młota. Brawo!

Idźcie na „Yumę”, bawcie się dobrze!

 

 

15:50, klaudia_biernacka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 06 sierpnia 2012
Powstanie R. Rychcika

 

W tym roku było znakomicie! Z okazji 68 rocznicy Powstania Warszawskiego tradycyjnie już w Muzeum PW wystawiono spektakl teatralny.  

Radosław Rychcik wraz z ekipą aktorów teatru Dramatycznego zrobił spektakl ascetyczny, kontrowersyjny, całkowicie utkany z emocji. O ludziach a nie o wydarzeniu historycznym. Mądrze, przenikliwie, inteligentnie. Bez zadęcia i irytującej martyrologii. Współcześnie. Nie naiwnie i na kolanach, ale z szacunkiem.   

Aktorzy zamknięci w przestrzeni akwarium odgrywają przed nami niemal bez słów dramat tamtych czasów; ale nie jest to naiwna laurka dla bohaterów. To próba przepuszczenia przez współczesną wrażliwość tamtych wydarzeń. Całość odbywa się niemal bez słów; jest ich mało; opowieść snuje ruch i muzyka; chwilami transowość tego spektaklu wsysa widza w opowieść zmuszając go do współprzeżywania. Przedstawienia rozpoczyna wyjąca syrena, ten dźwięk przeszywa miasto raz do roku, zawsze o 17.00. Towarzyszą jej błyski wybuchów. Całość  przechodzi płynnie w szaleńczy, chwilami transowy taniec aktorów, który nagle się urywa a zamknięci w akwarium aktorzy błagają widzów o łyk wody.

Rychcik opowiada najbardziej znane powstańcze historie; ślub, miłość, zbiorowe gwałty, sąd powstańczy, walka o jedzenie ze zrzutów, przypadkowe śmierci i równie przypadkowe ocalenia. Ale rzecz nie w tym co opowiada ale j a k to robi. Moim zdaniem – znakomicie!

W jednym z wywiadów reżyser mówił, że wyobraził sobie, że na ulicach Warszawy pojawia się nagle armia zombi, to Powstańcy którzy nas- współczesnych – próbują wcielić w swoje szeregi. Ilu z nas daliby radę zaciągnąć ?

Rychcik zamknął aktorów w szklanym akwarium; to Powstańcy, których uwięziła historia. Ich los wyznaczyła szerokość geograficzna pod którą się urodzili. Przejmujące finał w wykonaniu Klary Bielawki, która śpiewa z playbacku słynny przebój Sinatry „New York, New York” wywołuje ciarki ... ta dziewczyna zginie gdzieś w piwnicy, przywalona gruzami, jakże zupełnie innej treści nabierają umieszczone w tym kontekście słowa:



I want to wake up in a city

That doesn't sleep

And find I'm king of the hill

Top of the heap



These little town blues

Are melting away

I'll make a brand new start of it

In old New York


"Powstanie", reż. Radosław Rychcik, spektakl będzie można oglądać od września w Teatrze Dramatycznym.


 

Tagi: teatr
20:51, klaudia_biernacka
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22