RSS
niedziela, 08 stycznia 2012
In Darkness

 

Film Agnieszki Holland jest polskim kandydatem do Oskara i jak twierdzą krytycy – ma na niego szansę. Czy Agnieszka Holland zgarnie statuetkę przekonamy się już wkrótce, jedno jest pewne – „W ciemności” jest filmem znakomitym. Obraz zbiera pochwały krytyków, amerykański portal The Film Stage właśnie uznał go za jedną z najważniejszych premier filmowych stycznia, „New York Times” daje na Oskara spore szanse. O grającym główną rolę Robercie Więckiewiczu pisze się, że jest aktorem klasy Roberta De Niro. Tak dobrze o polskim filmie nie pisało się od lat. Ale najważniejsze, że są to pochwały w pełni zasłużone.

Film oparty jest na prawdziwych wydarzeniach, opowiada historię drobnego złodziejaszka, lwowskiego kanalarza, który ukrywa w kanałach Żydów. Bynajmniej nie z potrzeby serca. W postaci Sochy którego poznajemy na początku filmy nie ma nic szlachetnego ani wzniosłego – owszem ukrywając Żydów sporo ryzykuje, ale równie dużo zarabia. Dopóki Żydzi płacą – dostarcza im żywność, lekarstwa, opiekuje się nimi. Dopiero później, kiedy pieniądze się skończą robi to bezinteresownie. I ta przemiana bohatera pokazana jest w filmie genialnie, tak – że wierzymy tej postaci od początku do ostatniego kadru. Zasługa to i Holland i Więckiewicza.

Holland zrobiła film odważny, łamiący stereotypy, pokazujący prawdę chwilami bolesną i wstydliwą, daleki od naiwnej czarno- białej opowiastki o dobrych i złych, o katach i ofiarach, o ratujących i usiłujących przetrwać. Pokazała prawdziwe życie, w którym ohyda miesza się z pięknem, nienawiść z miłością, obojętność i okrucieństwo z bohaterstwem.


Świetnie napisany scenariusz, znakomita międzynarodowa obsada (film grany jest w kilku językach: po polsku,  niemiecku, ukraińsku, w jidysz i w lwowskiej gwarze), genialne role, imponująca dbałość o szczegóły realizacyjne. I prawda wydzierająca z każdego kadru. Film, który po prostu trzeba zobaczyć.

„In Darkness”, reż. Agnieszka Holland, występują m.in.: Robert Więckiewicz, Kinga Preis, Krzysztof Skonieczny, Agnieszka Grochowska, Marcin Bosak …




Tagi: dobre kino
22:31, klaudia_biernacka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Polita

Najnowsza produkcja Studio Buffo – spektakl „Polita” w reżyserii Janusza Józefowicza jest przedsięwzięciem rewolucyjnym i przełomowym. Józefowicz zrealizował pierwszy w historii spektakl muzyczny w technologii 3D. Miejsce w historii ma zapewnione.

Spektakl opowiada o życiu Poli Negri  - gwieździe kina niemego. Jedynej polskiej aktorce, która ma odcisk swoich dłoni w Alei Gwiazd w Hollywood. Postaci tyleż wielkiej, co tragicznej. Miała świat u stóp. Straciła wszystko. Zyskała nieśmiertelność zapisując się trwale w historii kina.

To ponad dwugodzinne przedstawienie jest ucztą dla oka. Kolejne sceny zapierają dech. Oszałamiają. Aktorzy i tancerze są idealnie wkomponowani, wręcz wtopieni w trójwymiarowe projekcje; tańczą, śpiewają, latają nad sceną. Mega widowisko jest czymś na pograniczu filmu, gry komputerowej i …teatru muzycznego jednocześnie. Fascynujące przełamanie i połączenie gatunków, śmiałe przekraczanie granic wyobraźni.

Dlatego też nieco niesprawiedliwe są nadąsane recenzje popremierowe. To nie fair wobec wysiłku i ogromu pracy jaki cały zespół włożył w to przedsięwzięcie nazwać spektakl „zabaweczkami Nataszy Urbańskiej”. Oczywiście są słabości – dramaturgiczne, muzyczne i aktorskie, ale sprowadzenie całości do podsumowania, że „Polita” jest „raczej wydarzeniem towarzyskim niż artystycznym” jest złośliwością na którą twórcy i artyści sobie nie zasłużyli.

 

„Polita”, reż. Janusz Józefowicz. Obowiązkowo zobaczyć!



Tagi: muzycznie
21:44, klaudia_biernacka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 grudnia 2011
Frankenstein według Kościelniaka

Znakomite, smakowite, muzyczno-teatralna przepychota. Świeżutka po premierze. Mniam! Taki wstęp właściwie zabija całą przyjemność pisania i czytania recenzji, bo wiadomo, że dalej będzie już tylko pianie z zachwytu.

Ale co poradzę, że mnie to szatańskie trio: Kościelniak-Studniak-Kiljan Frankensteinem uwiodło?

Wojciech Kościelniak jest królem teatru muzycznego w Polsce. Choć wielu chciałoby go z tego tronu strącić i poddaje to królowanie w wątpliwość. No to proszę. Proszę mi robić spektakle na takim poziomie jak Kościelniak. Mnie jako widza ta walka o tron może tylko ucieszyć …

O najnowszej produkcji wrocławskiego Capitolu sama diabelska trójca pisze tak: „Szatańsko piękny, upiornie śmieszny, potwornie fantastyczny”. I jest jak mówią. Genialna wersja Frankensteina według Kościelniaka rozpisana jest na znakomite kreacje aktorskie i równie znakomite songi. Trzy godziny genialnego teatru muzycznego. Zabawa formą, zabawa konwencją, zabawa teatrem i ….inteligentny dowcip. Podkreślam: inteligentny. Subtelna gra z parodią, kiczem, pastiszem. To co wyprawia Cezary Studniak grający Monstrum przechodzi ludzkie pojęcie. Frankensteina Kiljana mogę sobie tylko wyobrazić, bo widziałam świetną kreację Mariusza Ostrowskiego. Zresztą …zespół jest tak znakomicie poprowadzony, że musiałabym wymienić w liście pochwalnym całą obsadę. A! I rewelacyjna tancerka: Ewelina Adamska-Porczyk.


Skromniutka scenografia (Capitol w remoncie, tułamy się po salach przy Hali Stulecia) i malutka, niewygodna  scena są dowodem na to, że nie trzeba trzech obrotówek i wielkiej sceny żeby zrobić spektakl wyśmienity. Potrzeba za to genialnej wyobraźni i talentu. Kościelniak to ma. Po Frankensteinie jestem gotowa uwierzyć, że z dobrym zespołem urzeźbiłby kolejne cudo w remizie strażackiej w Pcimiu Dolnym.

No i chyba już. Frankenstein – najnowsza produkcja Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu. Scenariusz i reżyseria Wojciech Kościelniak. Muzyka Piotr Dziubek. Cymes!  



23:48, klaudia_biernacka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Rock opera Krzyżacy

 

Rock opera „Krzyżacy” Marcina Kołaczkowskiego (scenariusz i reżyseria), Jacka Korczakowskiego (słowa) i Hadriana Filipa Tabęckiego (muzyka) jest przedsięwzięciem artystycznym z którym mam ewidentnie problem.

Z jednej strony bardzo doceniam muzykę. Tabęcki głuchy nie jest i nutki poskładać potrafi znakomicie. Za dwa totalne killery: „Śnił mi się sen” w genialnym duecie Gadowski-Studniak i „Czarne chmury” Kukiza można się dać pokroić i posypać solą. Ale jak już te same „Czarne chmury” śpiewa jeden z braci Cugowskich to mi to – mówiąc wprost – nie robi. Całość muzycznie na przyjemną rockową nutę bardzo przyzwoicie skrojona. I za to kciuk w górę i klikam – tam gdzie się klika – że muzycznie: lubię to. Ale reszta ….

Taka na przykład choreografia. Początkowo zdumiewa. Po jakichś 15 minutach śmieszy do łez. Ale później te nieudane, wiejące na odległość totalną amatorszczyzną pląsy już tylko wkurzają. I jedyne na co się ma ochotę to przegonić tych przypominających pijane elfy „tancerzy” precz ze sceny.

Surowa czarno-metaliczno-biało-czerwona scenografia może i jest z założenia słuszna. Ale można tam było trochę poszaleć jeszcze i bardziej wykorzystać możliwości multimedialnych projekcji.

A już  finał w którym pan reżyser był łaskaw wygłosić mini przemówienie do publiczności (zreferuję je Państwu Czytającemu: „kochajcie się kochani i kupcie naszą płytę”) był po prostu ... no właśnie.

 

Rock opera „Krzyżacy”, raz można obejrzeć. Ale żeby zemdleć z zachwytu. To nie.



Tagi: muzycznie
22:03, klaudia_biernacka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 listopada 2011
Wymyk

Genialny film Grega Zglińskiego z arcygenialną rolą Roberta Więckiewicza. „Wymyk” to poważny kandydat do polskiego filmu roku, z pewnością jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat. Obowiązkowo do obejrzenia.

Zgliński zgarnął zasłużenie trochę nagród w Gdyni – m.in. za scenariusz (bardzo!) i za debiut reżyserski (też!). Więckiewicza za znakomitą kreację aktorską doceniono na Warszawskim Festiwalu Filmowym. Nagrody nagrodami. Film jest znakomity, obroni się sam, bez statuetkowych podpórek.  

O czym to? O życiu panie i panowie, o życiu. I o tym, że jedna chwila potrafi zmienić je bezpowrotnie. Dwóch braci prowadzi odziedziczoną po ojcu firmę, gdzieś na prowincji. Trochę się  kłócą; młodszy (Łukasz Simlat), po studiach i pobycie w USA chce firmę unowocześnić, nadać jej rozmachu, starszy (Robert Więckiewicz) woli prowadzić interes po staremu, konserwatywnie, bez niepotrzebnego ryzyka. Pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie podróżują kolejką miejską, gdzie banda prymitywnych wyrostków chamsko zaczepia młodą dziewczynę. Młodszy z braci staje w jej obronie. Starszy usiłuje go powstrzymać, a później …. później już tylko patrzy. Patrzy jak czterech chuliganów katuje brata, jak nieprzytomnego wyrzuca go z pędzącego pociągu. Kilka minut. Kilka potwornych, bezczynnych minut, które zmieniają całe życie.

Zgliński zrobił rzecz za którą ode mnie dostaje się co najmniej trzy gwiazdki ekstra: zuniwersalizował historię, tworząc ponadczasową opowieść o męstwie, tchórzostwie, strachu, miłości braterskiej zanurzonej w swej naturze w rywalizację i współzawodnictwo. „Wymyk” Zglińskiego to opowieść o każdym z nas. Bo każdy z nas kiedyś stchórzył, albo stchórzy. I Fred musi żyć ze świadomością, że nie zrobił w obronie brata nic. Żyć z piętnem wstydu i nigdy nie milknącego wyrzutu sumienia.

To, co Więckiewicz zrobił z postacią Freda jest aktorstwem najczystszej próby. Arcygenialna rola zbudowana na półgestach, zagrana oczami, drgnięciami mięśni, bez niepotrzebnych słów. Rola zrobiona tak, że patrząc na postać graną przez Więckiewicza widz zna uczucia i myśli bohatera. Już wcześniejszymi rolami Więckiewicz udowadniał talent. Rolą Freda w „Wymyku” dołączył do grona mistrzów.   

„Wymyk”, reż. Greg Zgliński. Znakomity polski film.




22:18, klaudia_biernacka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 listopada 2011
Tango Nuevo

 

Spektakl „Tango Nuevo”, koprodukcja Teatru Muzycznego w Gdyni i Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie, miał być moim prezentem urodzinowym. Skrzywiłam się wewnętrznie: nie dość, że żaden to Lupa, Warlikowski, Jarzyna czy inny Klata, to jeszcze zamiast do mojego Wrocławia miałam jechać do Olsztyna. No ale darowanemu prezentowi …

Na majową premierę do Olsztyna pojechać nie mogłam.  Przyjaciele pojechali oglądać mój prezent. Tymczasem darczyńca powrócił z dzikim zachwytem w oczach i przez  kolejne miesiące nie pozostawało mi nic innego poza uprzejmym zachwytów owych wysłuchiwaniem. Kolejne terminy przypadały akurat w trakcie wrocławskiego Dialogu więc tylko niecierpliwie na to całe „Tango Nuevo” machnęłam ręką. Ostatecznie majowy prezent urodzinowy obejrzałam…w listopadzie przy okazji gdyńskiej premiery w tamtejszym Teatrze Muzycznym.

I co?

I wbita w fotel odszczekiwałam minuta po minucie wszystkie swoje wątpliwości. Bo to jest muzyczno-teatralna perełka. Ta bolesna muzyczno-taneczna opowieść poraża siłą emocji. Oto trzy bohaterki zagubione gdzieś w przerażającym obskurnym świecie. Umownie jest rok 3001, umownie jest to stacja metra w Buenos Aires. Kobiety ubrane w brudne łachmany, z upiornym makijażem, przekrwionymi oczami i zalanymi krwią ustami śpiewem i tańcem snują opowieść o życiu, miłości, walce, śmierci, samotności...

Złamany kontrast wyznaczony linią piękne-brzydkie, kobiece-męskie wyzwala niesamowity ładunek emocjonalny. Kobiety-zombie na tle ohydnej brudnej stacji metra, chwilami przerażające, agresywne, drapieżne, władcze i męskie, chwilami zmysłowe, delikatne, kruche spragnione czułego dotyku, tęskniące za miłością, wrzucone w apokaliptyczną wizję świata śpiewają z serca wprost do serc odbiorców. A wszystko to w pulsującym, niespokojnym rytmie tang Piazzoli. Spektakl utkany z emocji, niepokoi, porusza, dotyka …

Emocje emocjami - ale ze sceny bije profesjonalizm, dbałość o każdy szczegół choreografii, każdy dźwięk. To jest po prostu znakomicie zrobione. I dlatego Aktorkom składam bukiet margerytek u stóp.

„Tango Nuevo”, reż. Giovanny Castellanos, występują: Renia Gosławska, Agnieszka Pawlak, Magdalena Smuk, Teatr Muzyczny w Gdyni / Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztyni. I proszę mi to grać. Najchętniej w Warszawie. Albo we Wrocławiu. Znajdzie się jakaś gościnna scena ...? Niech się znajdzie. Warto. 

 

21:07, klaudia_biernacka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 listopada 2011
Wrona wylądował

Kilkanaście zaległych recenzji leży odłogiem. Większość z nich pewnie nigdy nie ujrzy światła bloga. A niech leży. Pisze się na bieżąco. A tu i teraz myśli zajmuje nasz nowy bohater narodowy. Nasza chluba i duma. Nasz polski własny osobisty znikąd nie importowany supermen. Kpt. Wrona, który to z ułańską fantazją bydlę nieposłuszne boeinga na brzuchu nosem do ziemi posadził.

I nuże go ujeżdżać! Eksploatować! Festiwal medialny mu urządzać ! Nasz ci on!  Należy mu się! Hajda na koń! Po pierwsze skończmy z tym zjełczałym ze starości „Orzeł wylądował”. Od dzisiaj mówimy: „Wrona wylądował”. Po drugie ponazywajmy szkoły imieniem Kpt.Wrony. Tam szkoły! Ulice, skwery, hufce harcerskie, baseny, siłownie i SPA. A co?!

Już widzę kapitana jak otwiera żłobki i szpitale, uroczyście przecina wstęgi nowych autostrad i stadionów, śpiewa hymn na rozpoczęcie Euro 2012, kroi bochen chleba  na dożynkach, wizytuje szkoły i więzienia, gdzie zalani łzami wzruszenia recydywiści sklejają dla niego maleńkie samolociki z zapałek. Gości w mediach; na kanapie w modnym talk show opowiada czy trzęsły mu się ręce podczas lądowania, w TV biznesowej komentując kurs franka dodaje otuchy zadłużonym w kredytach hipotecznych, w TV śniadaniowej gotuje ulubione potrawy, znanej dziennikarce opowiada swoje historie miłosne a Marcin Meller proponuje mu z rozpędu rozkładówkę w Playboyu. Do ataku ruszają agencje reklamowe! Tanie linie lotnicze przestają być tanie, bo każda chce go mieć na plakacie. Ale i inni się nie poddają – toż taki bohater może reklamować wszystko! Podpaski też, ale tylko te ze skrzydełkami.

Pisze książkę wspomnieniową, w której minuta po minucie relacjonuje dramatyczne wydarzenia. Powstaje film a Więckiewicz z Karolakiem biją się o rolę kapitana, bo przebój kinowy murowany. Pisze też poradnik: „Jak wylądować bez podwozia. Kurs weekendowy”. Na facebooku pojawił się już kpiarski obrazek postulujący pochowanie kapitana żywcem na Wawelu -nie wykluczone, że zostanie w tej sprawie rozpisane referendum narodowe.

Że szaleństwo i przesada przeze mnie przemawia? Ano takie są prawa felietonu.

To inaczej - może zamiast robić z kpt. Wrony bohatera narodowego uszanujmy zwyczajnie to, że jest profesjonalistą i fachowcem. Proszę? Że to nudne, nie medialne i nie PR-owe? A. To przepraszam. Hajda na koń!

 



Tagi: felieton
23:16, klaudia_biernacka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 października 2011
Myślenia warte

Ziuuu, ziuuuu, ziuuuu. Śmigam na rowerze po ukochanym Wrocławiu. Miasto przyjazne rowerzystom, pieszym, przyjezdnym i tutejszym. Miasto uśmiechniętych i życzliwych ludzi. Miasto wyluzowane, bo bez kompleksów. Miasto w którym odpoczywam jak nigdzie. "W Nowym Jorku znów jesień/ I znów chce się żyć" - pisał Vernon Duke. To samo można by o Wrocławiu ...

No więc luz. Jadę. Podziwiam. Stare kamieniczki. Nowe murale. Mosty, mosteczki, kładki, kładeczki. Fosa. Ostrów Tumski. Podwale. Ziuuu, ziuuu. Promenada. Kawa. Przy stoliku obok chłopak z dziewczyną:

Ona: Acha, czyli nie masz swojego mieszkania, zarabiasz tak sobie, szanse na jakiś awans to raczej żadne, ciągle jeszcze studiujesz…ale tak w ogóle to jesteś szczęśliwy. Hmmm …

On: Tak. Znam kolesi, którzy mają 30 lat, kredyty na mieszkania na następne 30, żony, których nie lubią, są dyrektorami sprzedaży czy tam czegoś, jeżdżą zajebistymi samochodami i raz w roku na tydzień pod palmy. Mają kasę. I codziennie myśli samobójcze. A ja mam fajne życie. I robię to co lubię. I to co chcę.

Ona: Hmmm…

Ja w myślach: Hmmm …

Starło się dziś przy tym kawiarnianym stoliku odwieczne „mieć, czy być”. Moje pokolenie,pokolenie dzisiejszych 30-latków postanowiło „mieć”. Drzeć pazurami i mieć. I nie ma tu czego potępiać, bo ostatecznie – jak pisze Haruki Murakami – może być przecież tak, że w życiu absolutnie o nic nie chodzi, a wszystkie działania są kompletnie pozbawione sensu, bo przypominają mozolne napełnianie dziurawego wiadra wodą. Ale sęk w tym, myślę sobie, żeby to napełnianie wodą nie stało się codzienną udręką.

To ja ten. Na rowerek. I ziuuuu, ziuuu, ziuuu....



22:21, klaudia_biernacka
Link Dodaj komentarz »
Płaszcz

Teatr lalek albo się lubi albo nie. Ja nie lubię. A że nie lubię to na „Płaszcz” Gogola w wykonaniu teatru lalek z Chile szłam marudząc pod nosem. Jak się okazało niepotrzebne były te dąsy bo Teatro Milagros z Chile pokazał na VI Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Dialog we Wrocławiu świetne przedstawienie.

Artystki z Teatro Milagros:

 „Chciałyśmy stworzyć spektakl, który byłby
miniaturą poetyckiej rzeczywistości. Chciałyśmy by publiczność dołączyła do nas
w procesie odkrywania najgłębiej ukrytych emocji, zapomnianego uczucia
łagodności. Chciałyśmy spotkać dzieci i dorosłych w punkcie, gdzie wszystko
jest takie samo”

 

I co tu dużo mówić – udało się. To trwające niespełna godzinę przedstawienie ma w sobie delikatność i siłę jednocześnie. Ciekawe rozwiązania formalne: aktywność animatorek w poszczególnych scenach, dbałość o szczegóły rekwizytów, multimedialne projekcje i idealna oprawa muzyczna sprawiają, że nieco przykurzone opowiadanie Gogola ożywa i wciąga widza bez względu na wiek, a Akakiusz Akakiewicz Kamaszkin staje się symbolem bohatera z którym identyfikuje się każdy – bo każdy ma marzenia i każdy cierpi kiedy ktoś mu te marzenia brutalnie odbierze.

Z tego przedstawienia płynie jeszcze jedna nauka – nie wolno uprzedzać się do żadnych form twórczości artystycznej. Sztuka jest nieograniczonym polem coraz to nowych odkryć. Wystarczy się na nie otworzyć.

„Płaszcz”, Teatro Milagros z Chile, w ramach VI Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Dialog Wrocław.



10:45, klaudia_biernacka
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 października 2011
Rosjanie

Trwa VI Międzynarodowy Festiwal Teatralny Dialog we Wrocławiu. Jednym z pierwszych festiwalowych przedstawień byli „Rosjanie” w wykonaniu Toneelgroup z Amsterdamu w reżyserii Ivo van Hove.  Teatr nowoczesny, taki jaki lubię.

Projekt Ivo van Hove jest adaptacją i połączeniem dwóch dramatów Czechowa; na scenie spotykają się dwaj utracjusze-zatraceńcy -Iwanow i Płatonow ramię w ramię brnąc w otchłań beznadziei i upadku. Życiowi rozbitkowie, sfrustrowani, zanurzeni w melancholii są bierni i bezradni, nie radzą sobie ani z własnymi słabościami, ani z otaczającym ich światem. Unieszczęśliwiają kochające je kobiety sami nie potrafiąc ani dać ani przyjąć miłości. Za słabi by żyć uciekają w samobójczą śmierć.

Ivo van Hove przeniósł bohaterów Czechowa do współczesności tworząc przerażająco prawdziwy obraz dzisiejszego człowieka - zagubionego, nie potrafiącego pokierować swoim życiem i na wskroś nieszczęśliwego.

Inscenizacja jest imponująca – spektakl trwa blisko 6 godzin, ale jest to 6 godzin znakomitego nowoczesnego teatru. Genialna multimedialna scenografia, świetna muzyka, znakomite kreacje aktorskie.    

Jakaż miła odmiana w odczytaniu i interpretacji Czechowa,  bez - jak to gdzieś kiedyś określił Jan Klata - samowaru, konfitur i przewalania się przez scenę od jednego do drugiego dialogu. A od siebie dodam – bez słomkowych kapeluszy i lnianych garniturów. Innymi słowy – Czechow bez naftaliny.

„Rosjanie”, reż. Ivo van Hove, w ramach VI Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Dialog Wrocław.

 

22:16, klaudia_biernacka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21